piątek, 20 stycznia 2017

RHA T10i

 "Od 2011, RHA wynalazło całą grupę innowacyjnych produktów audio, które cechują się pionierskimi rozwiązaniami w zakresie projektu, najlepszych wytrzymałych materiałów, i najważniejsze, możliwości dostarczenia prawdziwie żywej (?) reprodukcji dźwięku". Trochę niezdarne to tłumaczenie, ale oddaje ducha wpisu na stronie RHA, brytyjskiej firmy produkującej słuchawki dokanałowe, a ostatnio nawet portable DAC/AMP. Znaczy ni mniej ni więcej - nasz sprzęt gra najnaturalniej, jest najlepszej jakości i nikt jeszcze nic takiego nie zrobił przed nami. Taa, jasne, coś zupełnie jak "reinventing the listening". Od dzisiaj słuchamy, wtykając słuchawki do nosa. A skoro tak, to cała moda na OTE raczej się nie utrzyma. Także, eksodus słuchawek OTE rozpocznę od słuchawek RHA T10i, kto wie, być może ostatnich do słuchania w uchu, a nie w nosie, czy nie daj Boże w innym otworze.
No dobra Pany, nie ma śmiacia, to co wypisują ostatnio marketingowcy, to jakaś apokalipsa normalnie. Firmy zamiast opracowywać nowe projekty w zespołach RD, zatrudniają na potęgę wodolejców marketingowych i tłuką masówkę, opracowując do niej coraz to wymyślniejsze patenty językowe, powodujące rozstrój żołądka czytającego opisy. No bo czymże innowacyjnym może pochwalić się firma RHA? Np. tym, że niewielu o niej słyszało, a jeszcze mniej widziało ich produkty. Np. ja, poza zdjęciami, nie miałem do tej pory przyjemności pomacać słuchawek tej firmy. Na szczęście panowie z Audiomagic.pl nie dali się długo prosić i wysłali mi słuchawki T10i.
Zestaw, kosztujący 799 pln prezentuje się imponująco. Określenie "Produkt Premium" na pewno nie oddaje wrażenia jakie robi na kupującym zawartość opakowania. Niby kupujemy słuchawki, ale poza nimi dostajemy jeszcze 2 pary wymiennych filtrów modyfikujących strojenie słuchawek(znaczy w sumie 3 pary w zestawie), 10 par tipsów świetnej jakości, bardzo dobrej jakości przewód ze sprężynkowymi odgiętkami w odcinku OTE. Same słuchawki jakością przypominają mi Pinnacle P1 od Mee. I za jakość wykonania RHA trzeba naprawdę pochwalić. W tej kategorii nie mam się do czego przyczepić. I w sumie to chyba tyle. Wszystkich zakochanych w tych słuchawkach proszę o zakończenie czytania. Kupiliście świetne słuchawki, gratuluję zakupu. A teraz idźcie sobie i nie róbcie obory.
Postanowiłem na początku zająć się trochę marketingowym bełkotem, jaki serwuje nam producent. Muszę się uczciwie przyznać, że biorąc do ręki opakowanie, byłem napalony na zakup jak Minister Szyszko na polowanie na bizony. Zapoznałem się więc najdokładniej jak tylko mogłem z opisami na pudełku, żeby później móc to zweryfikować przy odsłuchu. I tak, pierwsza rzecz jaka rzuciła się w oczy, to wykres, jak to zmienia nam się charakterystyka pracy słuchawek po zmianie filtra. Wykres jest piękny, płaski i wygląda na to, że mamy słuchawki referencyjne. Tylko skala, po bliższym zapoznaniu okazuje się być jakaś dziwna. Podziałki co 20dB, wykres rozciągnięty na całe opakowanie, bardzo spłaszczony. A na nim naniesione zmiany 3dB, które mamy zauważyć po zmianie filtra? Eee pany, po takim wykresie czuję się jak po reklamie Vizira. Znaczy będzie wesoło, bo wprawdzie skarpet nie dopiera, ale kieszeń czyści rewelacyjnie. Następna informacja - Handmade driver. I jest to przetwornik dynamiczny, maciupki jak na tę klasę sprzętu przystało. Czyli co? Na powtarzalność nie ma co liczyć? Poza tym w jakim zakresie Handmade? Człek tu tylko wkleił membranę, czy może odpowiada za odlew, nawinięcie cewki i połapanie punktów lutowniczych? Bojam się normalnie. Ostatnie z marketingowych odkryć to kształtowana, metalowa obudowa z odlewu. 
Zanim przejdę do opisu brzmienia, chciałbym jeszcze raz zwrócić uwagę na jakość wykonania produktu. Myślę, że brytyjska, to dobre określenie. Kabel zamocowany jest idealnie, łączenia na słuchawkach równe i idealnie oszlifowane, splitter na kablu, mikrofon - wszystko w metalowych obudowach, beż żadnych niedoróbek. Kabel jest dość gruby, nie plącze się, nie daje żadnych negatywnych wrażeń. Wymienne tulejki z filtrami zamocowane są do gwintowanej blaszki w opakowaniu od słuchawek, wykonane są bardzo precyzyjnie i wymiana obywa się bez użycia żadnych narzędzi. Należy jednak pamiętać, żeby nie dokręcać ich za mocno, ponieważ jako uszczelnienie zastosowano gumową uszczelkę i troglodytom może się zdarzyć, że po zbyt mocnym dokręceniu nie będzie już gumy w uszczelce. Warto też wspomnieć, że zapasowe tipsy są zamocowane na specjalnej blaszanej półce, również umieszczonej w opakowaniu. W komplecie znajdziemy jeszcze skórzany portfelik na słuchawki i klips do przypinania kabelka do krawata :)
Do odsłuchów zastosowałem największe tipsy Biflange, z którymi po prostu było mega wygodnie. Słuchawki w uchu leżą idealnie. a kabelek pewnie układa się za uchem, nie powodując żadnych efektów mikrofonowych. Słuchawki mają 16 OHm i1 00dB skuteczności, należy więc pamiętać o właściwym sprzęcie (to są drivery dynamiczne przypominam), inaczej można się mocno zniechęcić (znaczy jeszcze mocniej). Opis zacznę od najmocniejszej strony, mianowicie od średnicy, bo tej nic nie dolega. I jest to najlepsze co można napisać, ponieważ w obliczu tego, czego słuchałem przez ostatnie 2 tygodnie, ciężko doszukać się tam jakiejś finezji. Nie zrozumcie mnie źle, tragedii nie ma, ale marketing pudełkowy tak rozbudził moje oczekiwania, że każda minuta spędzona na słuchaniu T10i zmuszała mnie do redefiniowania własnych oczekiwań. A przecież nie tego oczekiwałem. Wracając więc do opisu brzmienia, średnica jest równa, naturalna, o właściwym zagęszczeniu i fakturze. Bas niestety jest za głośno w stosunku do reszty. Jako, że możemy je tylko podbić czarnymi filtrami, nie ma ratunku. I znowu, żeby mnie dobrze zrozumieć, bas jest super, świetnej jakości, dobrej faktury, miękki na subbasie, twardy na kicku, super. Ale jest go o dobre 30% za dużo. Nie powoduje żadnych rezonansów, nie ma fali stojącej, kompletnie nic złego się nie dzieje, poza tym, że jest go tak dużo. Zupełnie jakby to był zestaw wielogłośnikowy i obsługa basu po prostu oparła się o potencjometr. Ale najgorzej jest z górą. Zaraz po wyjęciu słuchawek z pudełka jest tragicznie, słuchawki odrzucają wręcz prezentacją górnych rejestrów i należy je musowo wygrzać. Tak z tydzień. Bez przerwy. Wtedy góra się trochę otwiera i ludzkie dramaty zamieniają się tylko w prywatne porażki. Góra jest strasznie plastikowa, jakby źle filtrowana, z foliowym przydźwiękiem, dość mocno wycofana. Strasznie szeleszcząca, z całkiem niezłymi efektami w okolicy 10kHz i dość dobrą precyzją, bez rezonansów. Niestety ta sztuczność aż boli, daje nosowy efekt na wokalach, a jeśli wokalista nabiera powietrza podczas śpiewania mamy objawy ciężkiej astmy w słuchawkach (dołóżcie do tego basowy pomruk), ewentualnie mikrofon połknięty przez Godzillę. Cierpiałem i słuchałem, a potem słuchałem i cierpiałem. Aż się przyzwyczaiłem. I tak z pamięci to T10i przypominają mi NightHawki. Oczywiście dawno ich nie słuchałem, ale mimo wszystko ogólny zarys i prezentacja wydają mi się bardzo podobne. I są dla mnie równie niestrawne jak tamte. Znaczy, że amatorów, zupełnie jak tamte znajdą. 
Podsumowując, RHA T10i, to słuchawki strasznie specyficzne w brzmieniu, genialnie wykonane, bardzo ergonomiczne, nieźle wycenione jak na produkt premium. Wszystkim, myślącym o zakupie polecam ich posłuchać, nie brać w ciemno. Nie kupować też niewygrzanych, z założeniem, że wygrzejecie je w te 10 dni do zwrotu. Może się nie udać. Posłuchać trzeba wygrzanych. Inaczej nie dowiecie się jak one grają. A ja mam wrażenie, że pomimo tego, że mnie nie przypadły one do gustu wcale, to jednak wierne grono miłośników właśnie się na mnie gdzieś zasadza, żeby mi kopa sprzedać. Na koniec dodam jeszcze parę groszy do kwestii filtrów. Są, ale czarne obcinają górę (wcale nie dodając basu), i w sumie dzięki nim góra robi się najbardziej szczegółowa i naturalna, ale niestety strasznie wycofana i trzeba się ratować EQ, natomiast te rozjaśniające filtry robią z góry sieczkę, jest jej za dużo, zbyt poszatkowana i nadal straszliwie plastikowa. Z trojga złego wybierałem referencyjne, ale najlepiej się słuchało na czarnych po equalizacji.